Stefan ,,Wiech” Wiechecki

Wszystkiego najlepszego, panie Wiech!

Tuwim zwał go „Homerem warszawskiej ulicy”, inni zaś porównują go do Oskara Kolberga – znanego etnografa i badacza kultury ludowej. „Lud” to jednak przecież nie tylko wieś, ale także i miasto! Zwłaszcza tak różnorodne, buzujące energią, cwaniacko-awanturnicze, a nieraz i „aliganckie” jak Warszawa właśnie! Proszęż państwa ozdobnego! Proszęż frekwencji szanownej! Przed państwem: Wiech!

Ktoś, kto tyle co on poświęcił prozie warszawskiego przedmieścia, chyba sam musiał przyjść na świat na przedmieściu… W przypadku Wiecha nie było inaczej!

Stefan Wiechecki urodził się bowiem na samym krańcu warszawskiej Woli, 10 sierpnia 1896 roku, w niewielkim domu naprzeciwko kościoła św. Wawrzyńca. Był najmłodszym synem wędliniarza pracującego na Marszałkowskiej, choć rodzina Wiecha mierzyła raczej wysoko – młody Stefan ukończył gimnazjum i zdał maturę – warszawskiej gwary, owej mowy Syreniego Grodu jeszcze nie znał; w każdym razie na pewno nie z rodzinnego domu.

W 1916 roku Wiechecki wstąpił do I Brygady Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego – niedługo później wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Dobre, patriotyczne, inteligenckie wychowanie z pewnością odbiło się na młodym umyśle Wiecha, który młodość poświęcił odradzającej się Polsce. Wkrótce jednak jego największą pasją stanie się coś zgoła bardziej przyziemnego… Ale czy nie definiującego zarazem warszawskiej duszy?

Na „Kiercelaku”, czyli największym bazarze przedwojennej Warszawy Wiechecki zakochał się w warszawskiej gwarze. Potężne targowisko wrzało nieustającym handlem: sprzedawano wszystko – od połatanych butów, poprzez garnitury, kapelusze, gramofony, gołębie, kury, na broni i kokainie kończąc. Warszawiacy z różnych warstw społecznych, z wielu dzielnic i wielorakich profesji spotykali się tam, sprzedawali, kupowali, jedli, pili, a nieraz – za zgodą legendarnego „Taty” Tasiemki – prowadzili szemrane interesy. Po całym placu niosły się nagabywania kupców, okrzyki przekupek, śmiechy i awantury… Bujne życie Kercelaka stało się pierwszą wielką inspiracją Wiecheckiego. Jak sam wspominał: „Tam to właśnie nasłuchałem się warszawskiej gwary, tam podpatrzyłem mnóstwo typów, z których potem powstali pan Piecyk, Walery Wątróbka z Gienią, szwagier Piekutoszczak i inni. W ten właśnie sposób Kercelak podał mi dłoń pomocną”.

W okresie międzywojennym Wiech nie tylko tworzył swoje pierwsze opowiadania i felietony, ale również – jako świetny aktor i obserwator codziennego życia – grywał na deskach stołecznych teatrów. Sam objął posadę dyrektorską w jednym z nich – tym, który mieścił się najbliżej „Kiercelaka” – czyli w wolskim Teatrze Popularnym.

Szerszej publiczności Wiech objawił się za sprawą swych niezwykle ciętych i soczystych sprawozdań sądowych publikowanych w „Kurierze Czerwonym”. Sale śródmiejskich sądów grodzkich, w których procesowali się zwykli Warszawiacy, stały się kolejnym źródłem inspiracji Wiecha. Dla mieszkańców Warszawy z wyższych sfer, sprawozdania te były jednymi z nielicznych źródeł znajomości warszawskiej gwary. Potwierdza to anegdota, którą po latach spisał Stanisław Grzesiuk – otóż słynny bard, będąc w młodości zaproszonym do „lepszego” domu, po odezwaniu się swą naturalną, uliczną mową z Czerniakowa, został posądzony o… inspirację Wiechem!

Pisarstwo nie przynosiło jednak Wiecheckiemu dużych zysków, toteż zaczął, wraz ze swoją żoną, Leokadią, prowadzić sklep ze słodyczami firmy „Fuchs i synowie” przy ulicy Stalowej 1 na Nowej Pradze. Sam mieszkał nad sklepem, na trzecim piętrze narożnej kamienicy pod tymże adresem. W przerwach od prowadzenia interesów tworzył opowiadania i felietony, pisał szmoncesy, spacerował i jeździł dorożkami. Być może to właśnie na trzecim piętrze kamienicy przy Stalowej napisał swoją słynną piosenkę Bujaj się Fela:

Na Targówku szwagra zięć

Ulica Mokra numer pięć

Ma swą dorożkę, starą troszkę

Stary przy niej koń!

Koń na imię Fela ma

Cały ich Targówek zna

Śpiewają więc, wołają więc

Gdy jedzie dryndą zięć!

Bujaj się Fela…

…Dziś w miejscu niegdysiejszego sklepu Fuchsa znajduje się kawiarnia Na Winklu, która jak żadne inne miejsce w Warszawie żyje pamięcią o Wiechu! Jego felietony rozbrzmiewają tam w każdą środę o godzinie 19, a Wiechową gadkę na Winklu można usłyszeć niemal codziennie.

Dorobek literacki Stefana Wiecheckiego pozostaje olbrzymi – niezliczona ilość opowiadań, szmoncesy (dowcipy żydowskie), felietony, a także powieść (Cafe pod Minogą) i piosenki rozbawiają kolejne pokolenia… Starsi czytelnicy z pewnością pamiętają jeszcze opowiadania Wiecheckiego publikowane w „Expressie Wieczornym” spod znaku Walerego Wątróbki. To właśnie w okresie PRL Wiech zdobył największą sławę – nie tylko zresztą w Warszawie, ale i w całej Polsce. Z czasem to nie Wiech czerpał z gwary, a gwara czerpała z Wiecha – mistrzowskie pióro, biegłość w tworzeniu neologizmów i pewna przesada twórcza w portretowaniu ulicznego języka sprawiły, że pewna (do dziś nieokreślona) liczba określeń gwarowych to po prostu… językowa fantazja samego Wiecheckiego!

Po wojnie zmieniła się również charakterystyka Wiechowych opowiadań – podczas gdy przed wojną scenerią opowieści było najczęściej Śródmieście, opowiadania PRL-owskie koncentrują się głównie na życiu przedmieścia – zwłaszcza Targówka, słowem: tych rejonów, w których po wojnie gwara warszawska – przynajmniej częściowo – zdołała przetrwać. Nawet w latach 70., gdy mowa warszawska – dość piętnowana zresztą przez purystycznych językoznawców – powoli odchodziła do lamusa, Wiech stale uwzględniał ją w swych najświeższych opowiadaniach. Najnowsza twórczość Wiecheckiego często odnosi się do PRL-owskiej rzeczywistości – pełnej absurdów, czasem zaś nowinek społecznych i technologicznych, z którymi niechętnie muszą mierzyć się staroświeccy bohaterowie opowiadań, takich jak na przykład… komputery!

Wiech był z pewnością postacią niezwykle barwną – inteligentem i literatem, który uwielbiał obcować z folklorem ulicy. Od taksówek Wiech wolał poczciwe dorożki – zamiast sklepów wybierał bazary i targowiska. Przed wojną pokazywał dystyngowanym Warszawiakom jak mówi ulica – po wojnie jego felietony, pełne śmiechu, stały się remedium na siermiężną, socjalistyczną rzeczywistość.

I za to, proszę pana szanownego Wiecha – życzym panu wszystkiego najlepszego pod te urodziny i wznosim sowity toast wodą z sokiem!

Wpis powstał w ramach projekt ,,Dawna kultura Warszawy na Woli – gwara i muzyka” – współfinansuje Dzielnica Wola m.st. Warszawy.