Któż dałby wiarę, że jeden z najwspanialszych poetów polskich, znany przez wszystkich – od liryków po uczniów podstawówek – Konstanty Ildefons Gałczyński – spędził młodość w samym sercu robotniczej Woli? Dzielnicy, która była niczym jego poezja: słodko-gorzka, zabawna, a nieraz absurdalna.
Zaczarowana dorożka… Zaczarowany dorożkarz… Zaczarowany koń… Choć akcja poematu przenosi czytelnika do Krakowa, jego pełen humoru i sentymentalizmu charakter równie dobrze mógłby nawiązywać do Warszawy, z której Gałczyński pochodził.

W końcu młodość Konstanty Ildefons spędził właśnie na warszawskiej Woli – w skromnej kamienicy narożnej przy ul. Towarowej 54. Trafił tam z uwagi na bieg wypadków rodzinnych, spowodowanych pogarszającą się sytuacją finansową. Urodził się bowiem w rewirze znacznie bardziej zamożnym – w śródmiejskiej kamienicy pod adresem Mazowiecka 11. Było to zaś 23 stycznia 1905 roku.
I wojna światowa przyniosła rodzinie Gałczyńskich kolejną, znacznie już dalszą przeprowadzkę – aż do Moskwy, leżącej w głębi Imperium Rosyjskiego, którego Warszawa była wówczas częścią. Tam, uczęszczając do Szkoły Komitetu Polskiego, przyszły „Karakuliambro” rozwinął swoją miłość do teatru – która wiele lat później zaowocuje powstaniem „Teatrzyku Zielona Gęś”. Na obczyźnie Gałczyński stworzył także swoje pierwsze, niezachowane wiersze. Do Warszawy rodzina powraca po wojnie, gdzie początkujący poeta kończy edukację gimnazjalną i zdaje maturę.
Od tej pory rozpoczyna się istny poetycki „rajd” młodego Gałczyńskiego po krętej szosie wyznaczonej przez warszawską bohemę. W świecie liryki pełnej awangardy i absurdu Gałczyński stawia swoje pierwsze odważne kroki. Na krótko wiąże się także z „Kwadrygą”, publikuje w „Cyruliku Warszawskim” i innych czasopismach… W 1926 roku trafia do wojska, do jednostki w Berezie Kartuskiej. 3 lata później debiutuje jako „Karakuliambro” i organizuje swój pierwszy wieczór autorski w Klubie Artystycznym w Alejach Jerozolimskich…

Ślub wielkiego poety, figurującego na łamach słynnych czasopism, musiał być wystawny… Kareta, stangret, frak… A może rzeczywiście wszystko się nam przyśniło – napisał później w Balladzie ślubnej I. W istocie – prawdziwy ślub był dalece skromniejszy. Para narzeczonych – Konstanty Ildefons oraz pochodząca z Gruzji Natalia Awołow nazywana przez męża „srebrną” pojechała na uroczystość… tramwajem, zaś zamiast wesela nowożeńcy wybrali wypad do wesołego miasteczka. Ceremonia, z uwagi na wyznanie żony, odbyła się w praskiej cerkwi.
Styl Gałczyńskiego, pomimo zwyczajowej dla jego wierszy sporej dawki zwariowanego humoru, pozostawał przez dziesięciolecia tyleż wyjątkowy, co… giętki. Gałczyński, pochodzący z pokolenia następców Skamandrytów, pisał doskonale na każdy temat. Nawet po wojnie, gdy troska o własne przetrwanie w powojennym świecie, sprowokuje go do pisania socrealistycznych wierszy, będą one warsztatowo doskonałe, choć oddalone od osobistych ideałów. Tak po wojnie, jak i przed wojną Gałczyński nie stronił od ostrej satyry społecznej, obserwacji społeczno-politycznych i aluzji. Choćby tej zawartej w przedwojennym wierszu Skumbrie w tomacie:
Chce pan naprawić błędy systemu?
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Był tu już taki dziesięć lat temu.
(skumbrie w tomacie pstrąg)
Talent wielkiego poety, jego zadziorność i wyjątkowy styl, nie wpasowujący go w zasadzie ściśle do żadnej grupy literackiej, nie szedł jednak niestety w parze ze zdrowym i spokojnym życiem. Lata 50., kiedy Gałczyński zmagał się z alkoholizmem i próbował przypodobać się systemowi, by nie zostać zupełnie odrzuconym przez środowisko literackie, były niestety ostatnią dekadą działalności poety. Gałczyński zmarł w Warszawie, po trzecim zawale serca, 6 grudnia 1953 roku.
Był bliskim znajomym Juliana Tuwima, którego bardzo poruszyła śmierć kolegi – człowieka, który przez całe życie żył skromnie, by tworzyć niezwykłą poezję.
Wpis powstał w ramach projektu Dawna kultura Warszawy na Woli – gwara i muzyka
Projekt współfinansuje Dzielnica Wola m.st. Warszawy.