Czas na kolejne słówko ze słownika gwary warszawskiej – prosto z ulic, bazarów i podwórek stolycy. Dziś będzie o babkach, co kwiaty sprzedawały, zanim markety i sieciówki się porobiły.
Fioraja – tak się gadało na kwiaciarkę, która z wiadrem tulipanów, fiołków albo innych kwiatów stała na rogu, przy bazarze czy pod kościołem.
Każdy ją znał, bo u niej brało się kwiatki na imieniny, na ślub, na pogrzeb albo – wiadomo – żeby pannę udobruchać.
Jak można było tego użyć?
— Panie, gdzie tu kwiaty dostanę?
— Idź pan pod bazar, tam fioraja stoi od rana.
— A ma coś porządnego?
— Ma, ma. Jak dla panny, to coś dobierze.

Słowo najpewniej wywodzi się z włoskiego „fioraia”, czyli po prostu „kwiaciarka”. Warszawiacy, jak to warszawiacy, szybko przerobili je po swojemu i tak w miejskiej mowie została fioraja.
To kolejny przykład na to, że gwara warszawska była językiem żywego, wielokulturowego miasta. Brała słowa z różnych stron, dopasowywała je do własnego rytmu i puszczała dalej w obieg – na ulicę, bazar i podwórko.
Fioraja to więc nie tylko dawna nazwa kwiaciarki. To kawałek obrazu starej Warszawy: rogu ulicy, wiadra z kwiatami i szybkiego zakupu „na ostatnią chwilę”.
A Wy? Kojarzycie jeszcze takie uliczne kwiaciarki?
Gwara Warszawska × Fundacja Warszawiaki
Wpis powstał w ramach projektu „Melodia warszawskiej gwary”, w którym przypominamy warszawskie słowa i zwroty, ich znaczenie, kontekst użycia oraz wielokulturowe źródła miejskiego języka.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu dotacyjnego „Polszczyzna. Bogactwo różnorodności” Instytutu Różnorodności Językowej Rzeczypospolitej.